Taki wpis ostatnio trafił do mojego art journala. PMS powoduje u mnie chyba jakąś melancholię i nostalgiczne przemyślenia. Jak dobrze, że istnieje taka forma wyrazu i mogę wyrzucić z siebie wszelkie myśli. Nie trzeba pisać żadnych pamiętników - wystarczy to i już czuje się lepiej. ;)
Ojacieżpierdziulę... Dzień trzeci i czwarty w wyzwaniu Uli okazały się dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Tytuł zdjęcia na dzień trzeci to:
w co jesteś dzisiaj ubrana? Długo myślałam nad tym w jaki sposób zrobić zdjęcie, by nie było to strzelenie sobie słit foci w lustrze.
A na sobie miałam dłuuugą do ziemi suknię. Nie polecam takiej na podróż w autobusie. ;) Podczas gdy ja wsiadałam do tego pojazdu, za mną tłoczyła się gromada łaknących wolnego miejsca ludzi. Niestety jeden z nich stanął w pewnym momencie na moją suknię, a ja stanęłam jak wryta - w tym momencie dzieciak z gimnazjum sprzątnął mi sprzed nosa wolne miejsce. Taki to był nokaut - na szczęście sukienka nie została zerwana z moich ramion... ;)
Czwarty dzień pod tytułem stopy, nie był ani trochę łatwiejszy. Jakoś niespecjalnie miałam ochotę pokazywać Wam moje stopy w całej okazałości; muszę przyznać, że nie wyglądają jak z katalogu kosmetyków. ;) Postanowiłam więc zapolować na syrunie mojego bratanka. Po wieczornej kąpieli, kiedy już zmierzał do spania ciotka przydybała go z aparatem w dłoni. Niestety nie chciał ze mną współpracować i dosłownie musiałam gonić jego stópki z aparatem. Efekt końcowy jest taki, że udało mi się uchwycić tylko jedną.
Mam nadzieję, że jutro pójdzie łatwiej... :)
Pozdrawiam!